Baśń o Trzech Braciach i Królewnie

16:23
Tekst zawiera wulgaryzmy i wiele innych złych rzeczy, mi się podoba.
Swoja opinanie zostawcie w komentarzach.

Baśń o 3 braciach i królewnie
 Aleksander Fredro


Mrok wieczorny - babcia siwa 
przy kominku głową kiwa. 
Nos jak haczyk, - okulary, 
Coś tam mruczy babsztyl stary. 
Snuje bajdy niestworzone, 
O królewnie Pizdolonie, 
O trzech braciach jak niewielu, 
O matuli ich z burdelu, 
Opowiada stare dzieje... 
A na dworze wicher wieje. 

Siądzcie społem panny, smyki, 
Młodojebce, stare pryki 
I nadstawcie dobrze uszy! 
Choć na polu śnieżek prószy. 
W domu ciepło i wygodnie... 
Zostaw pan w spokoju spodnie! 
Bo zawołam zaraz Mamy!... 
Sza! Uwaga! Zaczynamy! 

Za morzami, za rzekami, 
Za lasami, za górami, 
Żył przed bardzo wielu laty, 
Król potężny i bogaty, 
Dobrotliwy, szczodrobliwy, 
Ale bardzo nieszczęśliwy, 
Ciągle smutny i zmartwiony 
Z winy córki Pizdolony, 
Co choć bardzo piękna, miła, 
Lecz nadmiernie się kurwiła. 

A dawała bez wyboru 
I rycerzom, panom dworu, 
I kucharzom, i kuchcikom, 
Giermkom, ciurom, pisarczykom, 
Na leżąco, na stojaka, 
W dupę, w cycki i na raka. 
Czy na dworze, czy w salonie, 
Czy w klozecie, czy na tronie, 
W każdej chwili, w każdym czasie 
Wciąż myślała o kutasie. 

Próżno mówił jej król stary, 
Że we wszystkim trzeba miary, 
Nie wypada bowiem pannie 
Dawać dupy bezustannie. 

Na nic się to wszystko zdało, 
Wciąż jej chuja było mało 
I na całym króla dworze 
Nikt chędożyć już nie może. 
Wszyscy byli rozjebani. 
Nawet księżą kapelani. 
Raz ją tak swędziała dupa. 
Że zgwałciła aż biskupa, 
A gdy ten ją zdupczył marnie 
- Poszła dawać pod latarnię. 

Aż do tego doszło wreszcie, 
że z burdelów wszystkich w mieście 
Od kurewskiej całej nacji 
Przyszły kurwy w delegacji. 
Ta najbardziej rozjebana, 
Padłszy przed nim na kolana, 
Z trudem tłumiąc rzewne łkanie 
Rzekła: Królu nasz i Panie! 
Ty panując od lat wielu 
Ojcem byłeś dla burdelu. 
Burdelowy cech upada 
Kurwom grozi dziś zagłada! 
Upadają obyczaje! 
Twoja córka dupy daje! 
Na ulicy bez pieniędzy, 
Przez co wpycha nas do nędzy. 
Nikt nas dziś już nie pierdoli, 
Bo darmochę każdy woli! 
A więc najjaśniejszy panie, 
Sprawiedliwość niech się stanie! 

Król na łzy kurewskie czuły, 
Kazał dać ze swej szkatuły 
Każdej kurwie po dukacie... 
Po czym zamknął się w komnacie 
W nocy zaś przywołał swego 
Astrologa nadwornego, 
By ten patrząc w gwiezdne szlaki 
Znalazł wreszcie sposób jaki, 
By królewnę można było 
Dobrowolnie, czy też siłą 
Wrócić znów do cnoty granic, 
A gdy to się nie zda na nic, 
Niech przynajmniej w swojej sferze 
Obłapników sobie bierze... 

Więc astrolog wziąwszy lupę, 
Zajrzał raz królewnie w dupę, 
Dwakroć cyrklem pizdę zmierzył, 
Po czym zamknął się w swej wieży. 
Tak był w pracy pogrążony, 
Taki przy tym roztargniony, 
że szukając prawdy na niebie 
W roztargnieniu srał pod siebie. 
Kręcił, wiercił teleskopem, 
Wreszcie wrócił z horoskopem 
I rzekł: Smutną wieść, niestety 
objawiły mi planety, 
Że królewny nic nie wstrzyma. 
Na jej szał lekarstwa ni ma! 
Chyba, że się znajdzie jaki, 
Tęgi jebak nad jebaki, 
Który ją tak zerżnie pięknie, 
Że królewnie picza pęknie! 
Żywym ogniem się zapali, 
Na kawałki się rozwali. 
Wtedy będzie pizdolona 
Z czaru swego wyzwolona! 
I znów stanie się prawiczką 
Z malusieńską, ciasną piczką. 

Król, choć płakał ze zmartwienia, 
Zamknął córkę do więzienia, 
By się więcej nie puszczała. 
Tam codziennie dostawała, 
Prócz świetnego utrzymania, 
Tysiąc wiec do brandzlowania, 
Wazeliny beczkę całą. 
Lecz jej tego było mało. 
Ciągle płacze, ciągle krzyczy: 
To za mało dla mej piczy! 

Wszystkim było ogłoszone 
Że kto zbawi Pizdolonę 
Ten dostanie ją za żonę 
I podzieli się królestwem 
by raz skończyć z tym kurestwem... 

Więc zjeżdżają się jebacze, 
Czarodzieje, zaklinacze, 
I rycerze, królewicze, 
By królewnie zerżnąć piczę! 
Każdy swoich sił próbuje, 
Lecz choć tęgie mieli chuje 
Na nic się to wszystko zdało, 
Bo królewnie wciąż za mało. 

Król gdy widział co się dzieje 
Stracił całkiem już nadzieję, 
Płakał, martwił się dzień cały 
Aż mu jaja posiwiały 
Bo już siwy był na głowie. 

A tymczasem heroldowie 
Wieści dziwne rozgłaszali 
Coraz dalej, dalej, dalej... 
Aż dotarły hen daleko, 
Gdzie za siódmą górą, rzeką, 
Stała sobie mała chatka, 
W niej mieszkała stara matka 
Wraz z synami swymi trzema, 
Którym równych w świecie nie ma. 

Każdy dzielny, tęgi, zwinny, 
ale każdy z nich był inny 
I w tym nie ma nic dziwnego: 
Każdy z ojca był innego, 
Bo w młodości swojej czasie 
Matka strasznie puszczała się. 
Była stróżką przy burdelu 
I kochanków miała wielu. 

Syn najstarszy miał chuj długi 
I gruby na kształt maczugi, 
A po bokach jego były 
jak postronki - grube żyły, 
Jakieś sęki, jakieś guzy - 
Jaja miał jak dwa arbuzy! 
A że ciągle mu bez mała 
ta ogromna pyta stała, 
Chujogromem go nazwano. 

Pizdoliza nosił miano 
Syn następny, bo lizanie 
Stawiał wyżej nad jebanie, 
I nie było mistrza w świecie, 
Co by sprostał mu w minecie. 

Cieszą matkę takie dzieci, 
Lecz niestety - smuci trzeci, 
Który rodu był zakałą, 
Bo miał kuśkę całkiem małą, 
A cieniutką na kształt glizdy 
I nie palił się do pizdy. 
Dobrze, gdy z matczynej woli 
Raz na miesiąc popierdoli. 
A że mało tak obłapia, 
Bracia mieli go za gapia. 
No i matka nawet czasem 
Nazywała go Głuptasem. 

Tak im słodko życie idzie, 
Ani w zbytku, ani w biedzie. 
Starsze bowiem dwa chłopaki 
Zarabiali w sposób taki, 
że pobożne, starsze panie 
Brały ich na utrzymanie. 
A i matka, chociaż stara, 
Też dawała za talara. 
Tylko trzeci syn - wyskrobek 
Wypinał się na zarobek. 
Że nie udał się niewiastom, 
Dawał dupy pederastom 
I ku wielkiej matki złości 
Nie brał nic od swoich gości... 

Tak im się więc dobrze żyło, 
I wygodnie, dobrze, miło. 
Aż dotarła i w ich strony 
Wieść o losie Pizdolony. 
Na zarobek więc łakoma 
woła matka Chujogroma 
I tak rzecze: Ty, mój synu 
Id?! Dokonaj tego czynu! 
Gdy spierdolisz Pizdolonę 
To dostaniesz ją za żonę. 
Pół królestwa twoim będzie! 
Tak królewskie brzmi orędzie." 

Syn usłuchał rady matki. 
Zaraz włożył czyste gatki. 
Wymył chuja - i bez zwłoki 
Ra?no ruszył w świat szeroki... 
A gdy przybył do stolicy, 
Zaraz poszedł do ciemnicy 
Gdzie się świecą, rozkraczona, 
brandzlowała Pizdolona. 

Pyta dębem mu stanęła, 
Więc się ostro wziął do dzieła 
I za pierwszym sztosem leci 
Błyskawicznie drugi, trzeci, 
Czwarty, piąty - aż nareszcie 
Wyrżnął sztosów tysiąc dwieście 
I utracił siłę całą - 
Lecz królewnie wciąż za mało! 
Tak był potem osłabiony, 
Że zleść nie mógł z Pizdolony, 
Aż musiały dworskie ciury 
ciągnąć go za dupę z dziury, 
I zanieśli omdlałego, 
Do szpitala zamkowego. 
A królewna ciągle krzyczy, 
Że to mało dla jej piczy! 

Prędko, prędko baśń się baje, 
Nie tak prędko kutas staje, 
Baśń się baje, czas ucieka, 
Chujogroma matka czeka, 
W końcu martwić się zaczyna - 
Że nie widać skurwysyna... 

Aż ją doszły straszne wieści... 
Powstrzymując łzy boleści, 
Pizdoliza do się wzywa 
I w te słowa się odzywa: 
- Bratu, rzecz to nie do wiary, 
Nie powiodły się zamiary. 
Kutas zmarniał mu, niestety - 
Id? więc ty, spróbuj minety! 

I Pizdoliz wnet bez zwłoki, 
Ruszył prędko w świat szeroki. 
W końcu zaszedł do stolicy. 
Tam się udał do ciemnicy, 
Gdzie się świecą, rozkraczona, 
Brandzlowała Pizdolona. 

Zaraz ją za piczę łapie 
I minetę tęgo chlapie 
Język jego na kształt węża 
To się spręża, to rozpręża, 
To się wije jak sprężyna, 
W pizdę wwiercać się zaczyna, 
To po wierzchu, to od środka. 
Kręci na kształt kołowrotka, 
To się zwija znów jak fryga, 
że gdy patrzeć - w oczach miga. 
Doba tak za dobą mija, 
On jęzorem wciąż wywija. 
Lecz z nim także to się stało 
Że utracił siłę całą. 
Więc i jego dworskie ciury 
ciągnęły za dupę z dziury, 
I wyniosły omdlałego, 
Do szpitala zamkowego. 
A królewna ciągle krzyczy, 
Że to mało dla jej piczy! 

Prędko, prędko baśń się baje, 
Nie tak prędko kutas staje, 
Baśń się baje, czas ucieka, 
Pizdoliza matka czeka, 
I już martwić się zaczyna - 
Bo nie widać skurwysyna... 

W końcu widząc, że nie wraca 
Myśli: Na nic moja praca... 
Biedna dola jest matczyna. 
Oto już drugiego syna 
Losy wzięły mi zdradziecko! 
Jedno mi zostało dziecko, 
I do tego całkiem głupie. 

Głuptas miał to wszystko w dupie. 
Raz spokojnie po jedzeniu 
Chciał pochrapać sobie w cieniu. 
Coś mu jednak spać nie daje, 
Coś go ciągle gryzie w jaje. 
Więc się prędko zrywa z trawy, 
W portki patrzy się ciekawy 
A tu się po jajach szwenda 
Niby chrabąszcz - wielka menda! 

Głuptas już rozpinał gacie, 
By ją zgubić w sublimacie, 
Gdy wtem menda nieszczęśliwa 
Ludzkim głosem się odzywa: 
Nie zabijaj chłopcze luby! 
Czemu pragniesz mojej zguby? 
Menda też stworzenie boże, 
Że inaczej żyć nie może 
I że czasem w jajo utnie - 
Nie gubże jej tak okrutnie!? 
Głuptas to serca bierze, 
Myśli sobie: Biedne zwierzę, 
Że mnie utniesz, cóż to złego? 
Przecież nie zjesz mnie całego... 
A pocierpieć czasem mogę 
Id? więc dalej w swoją drogę! 

A tu nagle menda znika 
I zmienia się w czarownika, 
Czarownika - czarodzieja, 
I do swego dobrodzieja, 
Co się w strachu z miejsca zrywa, 
W takie słowa się odzywa: 
- ?Że litości miałeś względy 
Dla bezbronnej, słabej mendy 
I żeś jej darował życie - 
Wynagrodzę cię sowicie. 
Dam ja ci wskazówki pewne 
jak spierdolić masz królewnę. 
Sił twych mało tu potrzeba 
Jest kondona - samojeba, 
Który ma tę dziwną siłę, 
Że gdy włożysz na swą żyłę 
I rozkażesz - on za ciebie 
sztos za sztosem ciągle jebie 
Czarodziejską mocą cudną! 
Ale zdobyć go jest trudno... 
Dupa strzeże go zaklęta, 
Na przechodniów wciąż wypięta, 
Z której mocą złego ducha 
Ustawicznie ogień bucha. 
I czy z bliska, czy z daleka, 
Żarem swoim wszystko spieka. 
I w tym mocnym, wielkim żarze 
Dupa się całować każe, 
Lecz gdy powiesz do niej słowa: 
- Niech się ogień w dupie schowa! 
Sama się pocałuj właśnie! 
- Wtedy ogień w dupie zgaśnie. 
I powoli, z dobrej woli, 
Kondon zabrać ci pozwoli. 
Za twą dobroć ja ci mogę 
Do tej dupy wskazać drogę. 
We? ten kłębek z sobą razem, 
On ci będzie drogowskazem! 
Rzuć na ziemię i id? wszędzie, 
Gdzie się kłębek toczyć będzie. 
Lecz pamiętaj zawsze święcie 
Czarodziejskie to zaklęcie! 

Tu czarownik, niby mara, 
Zniknł i rozwiał się jak para. 
Głuptas wstaje ucieszony, 
Bierze kłębek, rozbawiony, 
I nie mówiąc nic nikomu 
Po kryjomu znika z domu. 

Prędko, prędko baśń się baje, 
Nie tak prędko kutas staje. 
Głuptas idzie, nie ustaje, 
Coraz nowe mija kraje. 
Gdy stu granic minął słupy 
Zaszedł wreszcie aż do dupy, 
Z której ogień wieczny tryska. 
A podszedłszy do niej z bliska, 
Rozżarzonej nad pojęcie, 
Czarodziejskie swe zaklęcie 
Głuptas z całej siływrzaśnie: 
Sama się pocałuj właśnie!... 
Wtedy dupa zawstydzona, 
Puściła go do kondona. 

Więc z kondonem, ucieszony, 
Pędzi wnet do Pizdolony. 
A gdy przybył do stolicy, 
Zaraz poszedł do ciemnicy, 
Gdzie się świecą, rozkraczona, 
Brandzlowała Pizdolona. 

Wkłada kondon na kutasa 
I.. O dziwo! U głuptasa 
Chuj, co zawsze był jak z ciasta, 
Na olbrzyma się rozrasta! 
Na sto chujów się rozdziela 
Każdy gruby, jak ta bela, 
Każdy twardy, jak ze stali, 
Każdy długi na sto cali! 
Wszystkie chuje z całej siły 
Na królewnę się rzuciły, 
Każdy się jej w piczę wwierca, 
Każdy końcem sięga serca, 
Każdy jej się w piczy grzebie, 
Każdy jebie, jebie, jebie... 
Głuptas leży bez wysiłku, 
Czasem klepnie ją po tyłku 
Czasem w cycki pocałuje, 
A samojeb piczę pruje. 
Aż królewna Pizdolona 
Zchędożona, spierdolona, 
Ze zmęczenia ledwo żywa, 
Krzyczy: - Cipa się rozrywa! 

Takie przy tym tarcie było, 
Aż się w piczy zapaliło. 
By ugasić pożar ciała, 
Straż zamkowa przyjechała 
Z toporami, z bosakami, 
Sikawkami i kubłami, 
Słowem - z całym inwentarzem 
Używanym przy pożarze. 
I po długiej, ciężkiej pracy 
Ugasili ją strażacy. 

Tak została Pizdolona 
Z czaru swego wybawiona, 
I znów stała się prawiczką 
Z malusieńką, ciasną piczką. 
Głuptas dostał zaś w podziękę 
Pół królestwa i jej rękę. 

Król był taki ucieszony, 
Ze zbawienia Pizdolony, 
Że pomimo swej starości 
Kapucyna rżnął z radości, 
Tak się znowu poczuł młody 
Potem zaś wyprawił gody 
Głuptasowi z Pizdoloną - 
Mnie na gody zaproszono. 
Więc jak mówię, też tam byłam. 
Jadłam, piłam, pierdoliłam, 
Bawiłam się z nimi społem, 
Aż zasnęłam gdzieś pod stołem... 

Tu bajka dobiega końca 
Już za oknem patrzeć słońca 
Przy kominku babcia siwa 
Coś mamrocze, głową kiwa 
Dając dziatwie pouczenia 
O rozkoszach chędożenia. 

Których i Wam czytelnicy 
Autor tej powiastki życzy!






-------------------------------------------------------------------------------------

Wszystkich oburzonych dzisiejszą notą przepraszam. Polecam mieć na uwadze że często wasze/waszego otocznia słownictwo jest gorsze lub podobne.

Brak komentarzy:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Obsługiwane przez usługę Blogger.